Drugi rozdział publikuję dzisiaj głównie z okazji urodzin Zackiego <3 Złożyłam już mu życzenia chyba wszędzie, gdzie się tylko dało, ale napiszę i tutaj, już w bardzo skróconej formie - wszystkiego najlepszego, kochanie moje! ^^
Byłam też już nieźle o ten odcinek męczona.... a więc jest :) miałam zamiar trochę pozmieniać i go dopracować jeszcze, ale już nie zdążyłam nic zrobić, zwłaszcza z tą końcówką (nie lubię tak ucinać :c), mam jednak nadzieję, że nie jest źle :3 no to enjoy!
* * *
Dziewczyny już wieczorem zaczęły
wszystko planować, gdyż impreza miała się odbyć następnego dnia. Miały więc trochę czasu. Najważniejsze było dowiedzieć się, gdzie ma się odbyć –
ale to akurat było łatwe, bo cała najbliższa okolica o tym rozmawiała, więc
wystarczyło tylko wyjść z domu i zapytać jakiegoś przechodnia mniej-więcej w
zbliżonym wieku do brata Maddie. Pierwszy punkt mogły wykreślić. Pozostało im
już tylko ładnie wyglądać i dobrze się bawić – uważając przy tym, żeby Lucas o
niczym się nie dowiedział.
- Mad, to jak w końcu robimy? –
spytała Anne. Siedziały u niej w pokoju, powoli szykując się na imprezę.
Dochodziła dopiero czternasta, ale musiały jeszcze wykombinować, jak
usprawiedliwić swoje wyjście i całonocną nieobecność.
- Ale co robimy?
- Matko, ale ty jesteś tępa… -
mruknęła. – Tak sobie po prostu wyjdziemy przed dziewiętnastą z domów i wrócimy
z samego rana wyglądając jak dwa żule wyciągnięte prosto z rowu?
Madeleine zaczęła się śmiać.
- No bardzo śmieszne – Anne
również się zaśmiała. – Ty lepiej myśl nad jakąś wymówką.
- Powiem, że idę do ciebie, a ty
że idziesz do mnie.
- I nikt się nie skapnie, bo
mieszkamy aż trzy domy od siebie… Nie no, naprawdę świetny pomysł – uniosła w
górę kciuki. – Ale ja mam lepszy. Możemy powiedzieć, że idziemy na nockę do
jakiejś tam koleżanki. Tylko trzeba udać, że bierzemy jakieś rzeczy ze sobą i
gdzieś je zostawić…
- No to je schowamy.
- Gdzie, geniuszu?
- W dupie – wytknęła jej język.
– No nie wiem, może faktycznie u jakiejś koleżanki?
- Ale jakiej? Takie z nas
nołlajfy, że nie mamy w sumie nikogo oprócz siebie…
- Mamy dużo znajomych, co ty
pierdolisz – zaśmiała się.
- Tak. I na pewno każdy z nich
nam pomoże. Serio zostawiłabyś swoje rzeczy u… no na przykład takiej Sary?
Madeleine aż się wzdrygnęła.
Sarah była jedną z ich klasowej „elity”, a do tego jedną z
najpopularniejszych dziewczyn w szkole. Nauczyciele ją uwielbiali, bo niby tak
dobrze się uczyła, była taka uczynna, miła i przyjazna, ale to tylko pozory;
była typową lizuską z bogatej rodziny. Niestety, wciąż większość osób ze szkoły
wierzyło w prawdziwość tej jej udawanej serdeczności. Jedynie ci, którzy
przekonali się o tym na własnej skórze - Anneliese i Madeleine były jednymi z nich - dobrze wiedzieli, że tak naprawdę była
wredną suką.
- A może po prostu schowamy
rzeczy u siebie w domach? Nikt się nie skapnie, przecież nie będą ci do torby zaglądać - zaproponowała Maddie.
- No chyba tak zrobimy. W sumie
nie mamy innego wyboru… - westchnęła Anneliese. – To co? Teraz ciuchy? –
wyszczerzyła się.
Swój plan zaczęły wcielać w
życie przed osiemnastą. Oby dwie powiedziały, że idą na noc do koleżanki z
klasy, która zaprosiła je oraz kilka innych dziewczyn do siebie na uczczenie
zakończenia roku, po czym spotkały się na rogu ulicy mniej-więcej w środku
drogi między ich domami. Postanowiły połazić trochę po mieście, a jakoś koło dwudziestej pierwszej pójść na plażę, gdzie miała odbyć się impreza. Wątpiły w to, żeby
wszyscy przyszli punktualnie, a do tego o dziewiętnastej było jeszcze jasno,
więc ciężko by było ukrywać się przed Lucasem.
Na plażę dotarły o wpół do
dwudziestej drugiej. Szybko wtopiły się w tłum, obiecując sobie, że dzisiaj
nie zaszaleją za bardzo z alkoholem, bo nie chciały robić z siebie idiotek przy
tylu ludziach. Wiedziały też, że jak tylko Luke się dowie o ich obecności, na
pewno będzie kazał im wracać, a może i nawet siłą odprowadzi do domu. Może nie
wygada, że tam były, bo sam nie chciałby mieć przez to kłopotów, ale dla nich
będzie już po imprezie. Ciężko jest jednak dotrzymać takiej obietnicy,
zwłaszcza kiedy – jak powiedział Lucas – dookoła przelewają się litry alkoholu
i ma się tak słabą głowę jak Anneliese…
- Ej, Annelie, nie pierdol, że
już się najebałaś – Maddie trąciła ją ramieniem, kiedy ta zaczęła się bez
żadnego powodu śmiać. To tylko pogłębiło jej paniczny śmiech do takiego
stopnia, że zgięła się w pół, trzymając się jedną ręką za brzuch, bo w drugiej
trzymała piwo, i z trudem łapiąc powietrze.
- Nie no, co ty, oszalałaś? –
wykrztusiła. – Ja jestem zupełnie trzeźwa – dodała, nie do końca wyraźnie.
Maddie wybuchła śmiechem. Anne popatrzyła na nią zdziwiona.
- Sama śmiejesz się z czegoś
zupełnie nie śmiesznego, a to mnie oskarżasz, że jestem pijana, tak? –
burknęła.
- Nie no, bardzo trzeźwa jesteś.
- No to mówię przecież. Kurwa, piwo mi się skończyło – mruknęła, wymachując pustą już puszką
zaraz przed nosem Madeleine.
- No i dobrze – zaśmiała się.
- Nie. To bardzo źle. –
Odrzuciła puszkę gdzieś za siebie. – Chodźmy po więcej.
Madeleine chciała jej odmówić, ale
Anneliese zaczęła szarpać ją za rękę i wręcz błagać na kolanach, więc jak mogła
się nie zgodzić?
- Alkoholiczka jebana –
skwitowała ze śmiechem.
Madeleine sama nie wiedziała,
jak do tego doszło. Biegały z Anne po plaży, przedzierając się między tłumem
tańczących, nachlanych ludzi. Zebrało się tutaj chyba z pół Huntington Beach,
ale to akurat było dużym plusem, gdyż jeszcze ani razu nie natknęły się na
Luke’a. Co chwilę na kogoś wpadały, poznały trochę nowych ludzi, śmiały się ze
wszystkiego i gadały wszystkim, co tylko wpadło im do głowy. Maddie właśnie
skończyła opowiadać jakiś zupełnie nie śmieszny, zboczony kawał, z którego
oczywiście śmiała się jak opętana. Zdziwiło ją jednak to, że Anne jej nie
zawtórowała. Obejrzała się dookoła; jej przyjaciółki nigdzie nie było.
- Co jest kurwa… - mruknęła
zdezorientowana. Pociągnęła łyk piwa z puszki i jeszcze raz rozejrzała się
dookoła, mrużąc oczy. Dokończyła piwo, wyrzuciła puszkę i ruszyła już lekko
chwiejnym krokiem przed siebie, wytężając wzrok. Było ciemno, było pełno
przepychających się ludzi, a ona już nie do końca ogarniała, co się dookoła
niej działo. Nie podobało jej się jednak bycia pijaną samotnie, więc za wszelką
cenę chciała znaleźć Anne. Jak robić głupie rzeczy po pijaku to tylko z nią.
- Przepraszam, przepraszam… –
mruczała co chwilę, przeciskając się między tłumem. Kiedy tylko ktoś ją
popychał, oddawała mu z całej siły z łokcia i szła dalej. Do czasu, kiedy tłum
się rozrzedził. Już miała odetchnąć z ulgą, że wydostała się z tej dziczy,
kiedy niespodziewanie przed nią wyrosła jakaś postać. Oczywiście, nie zauważyła
jej – a nawet jeśli by zauważyła, jej organizm reagował na wszystko z lekkim
opóźnieniem, więc tak czy siak nic by to dało.
- Zapierdolę – jęknęła
niewyraźnie, lądując na twardym piasku tuż po zderzeniu z ową postacią. Poczuła
coś mokrego na głowie, co zaczęło spływać po jej całych włosach. Chwyciła ciemny
kosmyk i przytknęła go do nosa. Poczuła zapach piwa. – No po prostu zapierdolę
– powtórzyła, próbując się podnieść. Ujrzała przed sobą wyciągniętą rękę.
Ścisnęła ją mocno i ktoś poderwał ją do góry. Stojąc już na własnych nogach,
otrzepała tyłek z piasku i spojrzała przed siebie – a raczej nad siebie, bo
sprawca całego wypadku był dość wysoki. Chłopak uśmiechnął się do niej szeroko,
obejmując ją ramieniem.
- Ej, chłopaki, patrzcie! –
zawołał. Dopiero teraz Madeleine zauważyła, że obok stał stolik, przy którym
siedziała czwórka chłopaków. Chyba czwórka, bo ciężko jej było ich policzyć w
tym stanie. – Chyba nam znalazłem dziewczynę do tego pokera – wyszczerzył się.
Maddie popatrzyła na niego z oburzeniem, prychając.
- Wylałeś mi piwo na głowę.
- Przepraszam – odparł. –
Chociaż tutaj akurat oboje ucierpieliśmy – dodał, ze smutkiem zgniatając pustą
już puszkę i wyrzucając za siebie. Jutro kogoś będzie czekało niezłe
sprzątanie…
- I tak miałeś iść po więcej –
rzucił jeden z chłopaków.
- Wiem, wiem, już idę – machnął
ręką. – To jak? Zagrasz z nami? Przyniosę ci piwo – zaoferował.
- Ej, stary, ona już ledwo na
nogach stoi, może lepiej nie?
Madeleine spojrzała w stronę
chłopaków, błądząc wzrokiem po ich twarzach. Nie widziała ich za dobrze, bo
było ciemno, a do tego obraz co chwilę jej się zamazywał i drgał – chociaż w
tej kwestii nie była pewna, czy to czasem ona się tak nie kiwała.
- Nie wiem, kim jesteś – wybełkotała,
celując palcem wskazującym w przestrzeń przed siebie, bo nie wiedziała nawet,
do kogo mówi. - Ale ty mną nie rządzisz. Nawet mnie nie znasz. Więc nie możesz
za mnie decydować. Jak będę chciała to piwo to będę chciała i to moja sprawa. A
więc spierdalaj.
- Uuuu, ostro – zaśmiał się
chłopak, który wciąż obejmował ją ramieniem. Ktoś coś jeszcze dodał, ale przez
szmery w głowie nie usłyszała niczego konkretnego.
- A
ty – zwróciła się do niego. – Co ty w ogóle robisz? – spytała niewyraźnie.
Zrzuciła jego rękę ze swojego ramienia, zataczając się lekko. – Przynieś mi
piwo.
-
Ale zagrasz z nami? – uniósł jedną brew do góry.
-
Może – wzruszyła ramionami. Nagle przypomniała sobie o Anneliese. Pacnęła się
otwartą dłonią w czoło z głośnym plaśnięciem. – Nie mogę! – wykrzyknęła.
Poczuła na sobie zdziwione spojrzenia. – Ja… ja muszę znaleźć… - złapała się za
głowę. – A jest tak ciemno…
-
Ale co musisz znaleźć?
- Ja
nie wiem, gdzie ona jest… A ona może zrobić coś głupiego! Beze mnie! –
powiedziała z wyrzutem.
-
Ale kto? – usłyszała ze swojej drugiej strony nieznajomy głos. Odwróciła się.
Obok niej stanął drugi chłopak. Ciężko jej było w tych ciemnościach ujrzeć rysy
jego twarzy, ale widziała, że miał ostro zarysowaną linię szczęki i dłuższe,
proste włosy do ramion. Był niższy od tego, na którego wpadła, więc nie musiała
aż tak zadzierać głowy, żeby na niego popatrzeć.
-
Annelie. To moja przyjaciółka. I ją zgubiłam…
- No
to może pomożemy ci ją znaleźć, a później z nami zagracie? – wyszczerzył się.
- A
dostaniemy piwo? – spytała, marszcząc brwi.
-
Może – wzruszył ramionami, naśladując ją.
- No
to sobie sama poradzę – prychnęła. Już miała iść, ale ktoś ją zatrzymał.
-
Nie no, pomożemy ci – powiedział ten wysoki. – Ej, chłopaki, ruszajcie dupska,
wyruszamy na poszukiwania. Jak wygląda ta twoja przyjaciółka?
-
Jest brzydsza niż parking samochodowy – parsknęła głupkowatym śmiechem. Chłopcy
jej zawtórowali, rozbawieni przede wszystkim jej śmiechem. – I ma czerwone
włosy – dodała.
Znalezienie
Anneliese nie było wcale takie trudne. Chłopcy zgodnie stwierdzili, że przejdą
się najpierw do baru po jakiś alkohol, bo jakże by mogli wytrzymać kilka minut
bez procentów? Okazało się to jednak bardzo dobrym pomysłem, gdyż właśnie tam,
na wysokim krześle przy ladzie baru, siedziała Anne. Jedną ręką podpierała
głowę, a drugą obracała pustą szklankę, mrucząc coś pod nosem. Madeleine już z
daleka ją poznała. Podbiegła do niej chwiejnym krokiem, a chłopcy ruszyli za
nią.
-
Annelie! – zawyła prosto do jej ucha, rzucając się jej na szyję. Ta aż
podskoczyła, zaskoczona. – Wszędzie cię szukałam!
- O
matko, Mad, nie strasz tak… – wybełkotała. – Też cię szukałam, kretynko. Gdzie
ty byłaś?
-
Wszędzie - wyszczerzyła zęby.
-
Aha - skwitowała krótko.
-
Tak. To jest właśnie Annelie – dodała, kiedy podeszli do nich chłopcy, już
zaopatrzeni w alkohol. Anneliese zmierzyła ich zaciekawionym spojrzeniem i już
miała się odezwać, kiedy Madeleine dźgnęła ją w bok.
-
Anne, tam jest Luke! I nas widzi! I chyba tutaj idzie! – pisnęła z
przerażeniem. Anne wytrzeszczyła oczy.
- To
musimy stąd spierdalać! Cześć wam, miło było poznać – wyszczerzyła się w stronę
chłopaków. Moment później już ich nie było. Chłopcy popatrzyli po sobie,
zdezorientowani.
-
Czy tylko ja ich nie ogarnąłem? – spytał po chwili ciszy najniższy z nich.
-
Nie, ja też nie… - powiedział powoli ten, na którego wpadła Maddie, ściągając
brwi. Znów zapadła cisza, przerwana przez chłopaka w dłuższych włosach.
-
Ej, chłopaki, czyli to znaczy, że nie gramy w tego pokera?
-
Zapłon, Syn, zapłon… - zaśmiał się chłopak w pocieniowanych, czarnych włosach z
grzywką na bok, która co chwilę wpadała mu do oczu, i poklepał go po plecach.
-
Ale czemu tak zareagowały na Luke’a? – zdziwił się zdecydowanie najbardziej
umięśniony z nich. Reszta tylko wzruszyła ramionami. Mieli jednak szansę się
wszystkiego dowiedzieć, bo za chwilę podszedł do nich Lucas z wręcz wymalowaną
na twarzy złością.
-
Cześć wam, nie wiecie może, gdzie one poszły? – zapytał, rozglądając się
gorączkowo dookoła.
-
Znasz je? – Najwyższy uniósł jedną brew do góry.
- No
raczej, Sullivan, dziwne by było, jakbym własnej siostry nie znał – odparł z
przekąsem. Cała piątka wytrzeszczyła oczy.
- To
była twoja siostra?! – spytał z niedowierzaniem chłopak nazwany przed chwilą
Sullivan. – Kurde, nie poznałem jej… - pokręcił głową.
-
Serio? Maddie nie poznałeś?
-
Luke, ja ją ostatni raz widziałem… Nawet nie pamiętam, kiedy…
-
Nie pierdol, widziałeś ją ostatnio jak u mnie byłeś. Jakiś… tydzień temu?
-
Serio?! – zdziwił się. Chłopcy zaczęli się śmiać. – To była ona?!
Luke
pokiwał głową.
-
Ale teraz wyglądała inaczej. Dużo inaczej – mruknął. – Zresztą ciemno jest
tutaj jak w dupie, nawet dobrze nie widziałem jej twarzy.
-
Dobra, nieważne – machnął ręką. - Skoro już wiecie wszyscy, że to była moja
siostra, a ta druga to jej przyjaciółka to mam nadzieję, że pomożecie mi ich
szukać, bo oboje będziemy mieli przejebane, jak one w takim stanie wrócą do
domów.
Znaleźli
je dopiero, kiedy impreza powoli dobiegała końca i ludzie już trochę się
porozchodzili. Udało im się to przede wszystkim dzięki włosom Anneliese, które
były widoczne już z daleka. Podchodząc bliżej zauważyli, że dziewczyny leżały
na piasku i pokazywały coś sobie na niebie, zaśmiewając się do łez. Koło nich
leżała opróżniona butelka wódki. Lucas
odchrząknął.
-
Kto to? – wybełkotała Anne, mrużąc oczy. – Kim jeesteeeś? – zawołała,
przeciągając sylaby i śmiesznie wymachując rękami nad sobą. Madeleine usiadła niezdarnie,
wciąż się śmiejąc. Przestała jednak, kiedy doszło do niej, że obok stał jej
brat.
- No
to mamy przejebane… - wydukała.
-
Czemuu? – zawyła Anneliese. Przekręciła się na brzuch i dopiero wtedy zobaczyła
Lucasa i stojących obok niego chłopaków, którzy z zaciekawieniem obserwowali
całą sytuację. – O – skwitowała krótko. – No to rozumiem, że po imprezie? –
spojrzała na Mad, która pokiwała tylko głową.
- No
to mamy przejebane… - powtórzyła. Luke
westchnął tylko, spoglądając w stronę chłopaków.
- Pomożecie mi je przetransportować?