No to tak... Przede wszystkim dziękuję za komentarze, bardzo miło mi się zrobiło i cieszę się, że podobają się wam moje wypociny ^^ zmotywowało mnie to też i w końcu ruszyłam dupę i coś tam napisałam :3 chociaż ciągle mam wrażenie, że każdy odcinek jakiś taki niedopracowany... Ale tak już chyba zawsze będzie xd Przepraszam też, że musiałyście tyle czekać i że taki trochę krótki ten rozdział, ale przy czwartym bardziej się postaram, mam nadzieję :3 no to miłego czytania!
A NO I DEDUKACJA DLA KAROLINKI KREJZI DZIEWCZYNKI ZA TĘ MOTYWACJĘ I PIĘKNĄ PIOSENKĘ O KIEŁBASIE I W OGÓLE KIEŁBASĘ <3 JA NA NIĄ CZEKAM, PAMIĘTAJ!
A NO I DEDUKACJA DLA KAROLINKI KREJZI DZIEWCZYNKI ZA TĘ MOTYWACJĘ I PIĘKNĄ PIOSENKĘ O KIEŁBASIE I W OGÓLE KIEŁBASĘ <3 JA NA NIĄ CZEKAM, PAMIĘTAJ!
Oby
dwie obudziły się mniej-więcej w tym samym czasie i z taką samą pustką w
głowach.
- O
matko… - mruknęła Anneliese, chowając głowę w poduszkę. – Mad, czy ty też masz
takie wrażenie, że znowu zrobiłyśmy z siebie idiotki?
-
Tak, ale nie mam pojęcia, jak bardzo, bo praktycznie nic nie pamiętam…
- Ja
też, same urywki, nic konkretnego.
- No
to nieźle musiałyśmy zaszaleć – stwierdziła Maddie. – Jeszcze nigdy nie było
tak, że żadna z nas nic nie pamiętała…
-
Masakra – jęknęła. – Gdzie my w ogóle jesteśmy? – uniosła głowę, marszcząc
brwi. Rozejrzały się dookoła. Madeleine bardzo dobrze znała ten pokój.
- To
pokój Luke’a…
-
Jak myślisz, bardzo się wkurwił?
-
Nie mam pojęcia, bardziej się boję, co mama o tym wszystkim powie…
- O
kurde, nie pomyślałam o tym nawet. Moja pewnie też już wie… No to pięknie…
Gdybyśmy chociaż pamiętały, czy w ogóle było warto tyle chlać…
-
Apropo chlania, pić mi się chcę – jęknęła Madeleine. – A on oczywiście nie ma
wody w pokoju, czyli trzeba zejść do kuchni… - przełknęła głośno ślinę.
- No
dobra, miejmy to już za sobą.
Weszły
niepewnie do kuchni. Poczuły przyjemny zapach rozchodzący się po całym
pomieszczeniu; Lucas stał tyłem do nich przy kuchence, smażąc coś na patelni i
nucąc jakąś melodię pod nosem.
-
Jak tam głowy? – spytał, nawet się nie odwracając. Dziewczyny spojrzały na
siebie niepewnie, po czym usiadły przy stole.
-
Luke… - zaczęła Mad, ale brat jej przerwał.
-
Mam nadzieję, że jesteście głodne, bo robię jajecznicę.
-Luke
– powtórzyła z naciskiem.
-
Hm?
-
Bardzo jesteś zły?
-
Już nie. W sumie to można było się spodziewać tego po takich dwóch
alkoholiczkach, jak wy.
- A
będę mieć szlaban? – spytała, ignorując drugie zdanie.
- A
czy mam prawo dać ci szlaban jako twój brat? – zaśmiał się.
- No
nie…
- No
właśnie.
-
Czyli chcesz powiedzieć, że…
-
Zasnęłyście po drodze i udało nam się przynieść was do mojego pokoju bez
niczyjej wiedzy, a więc wersja, że śpicie u koleżanki jest wciąż aktualna.
-
Wam?! – Oby dwie spojrzały na niego z przerażeniem w oczach.
- To
już nie pamiętacie chłopaków, z którymi miałyście grać w pokera? – uśmiechnął
się, unosząc jedną brew w górę. Madeleine jęknęła, łapiąc się za głowę.
-
Taki wstyd… - mruknęła Anne, uderzając głową w stół z głośnym hukiem. Luke
zaczął się śmiać.
-
Spokojnie, nie ma czym się tak przejmować. Co prawda nie widziałem osobiście,
co wy tam wyprawiałyście tym razem, ale coś mi się obiło o uszy, że ponoć było
śmiesznie…
-
Bardzo zrobiłyśmy z siebie idiotki?
- No
trochę ubawu z was było…
-
Czyli się skompromitowałyśmy… Jak zwykle.
-
Jakbyście się skompromitowały to wątpię, żeby chłopaki chcieli was bliżej
poznać.
-
Coo?! – Anne gwałtownie podniosła głowę.
-
Jimmy powiedział, że jeżeli nie będziecie dzisiaj umierać w męczarniach to możecie
ze mną wpaść do nich. – Postawił przed nimi talerze z jajecznicą i szklanki z
wodą. – Wiem, że na kaca lepsze jest mleko, ale w połączeniu z jajecznicą to
raczej zły pomysł. Ale macie całe opakowanie lodów w zamrażalniku – puścił im
oczko.
-
Dzięki, Luke – odparły chórkiem.
-
Nie ma za co. Dobrze wiem, jak uwielbiacie moją jajecznicę – wypiął się dumnie.
-
Mnie bardziej chodziło o to, że dzięki, że nic nas kryjesz – powiedziała
Maddie. – Ale za jajecznicę też, bo robisz najlepszą na świecie!
Uśmiechnął
się tylko i wyszedł. Anne spojrzała na przyjaciółkę i odparła z pełną buzią:
-
Teraz pozostaje tylko pytanie, kto to jest Jimmy…
Kiedy
zjadły śniadanie, dochodziła już czternasta. Lucas wcześniej zapowiedział, że w
sumie może wpaść do Jimmiego, o której chce, bo chłopcy mają zwyczaj siedzenia
u niego całymi dniami, a nawet i nocami, ale dobrze by jednak było, jakby
wyrobiły się do szesnastej. Dziewczyny nie były na początku za bardzo
przekonane, czy na pewno chcą się zobaczyć z nimi po wczorajszym, ale
stwierdziły w końcu, że czemu nie? Skoro zrobiły z siebie idiotki to wypadało
by teraz to sprostować i jakoś naprawić swój wizerunek.
Udało
im się wyszykować kilka minut przed szesnastą. Chciały zrobić dobre wrażenie,
bo coś czuły, że wczoraj po imprezie nie wyglądały zbyt korzystnie.. Nie
chciały też za bardzo się stroić; miały zamiar wyglądać naturalnie.
- Uuu, wyrobiłyście się w dwie
godziny, no nie wierzę… - powiedział Luke, kiedy weszły do salonu, kręcąc z niedowierzaniem głową. Maddie pacnęła go w
ramię.
-
Ej, bez przesady, dobrze wiesz, że my nigdy się jakoś specjalnie długo nie
pindrzymy – wytknęła język. – To jak? Idziemy?
- No
idziemy – wyszczerzył się.
- A
gdzie ten Jimmy mieszka? – spytała Anne.
-
Niedaleko.
Lucas
zamknął dom na klucz.
-
Ekhm… Luke… - zaczęła Madeleine niepewnie. Spojrzał na nią pytającym wzrokiem.
- No bo ja mam takie pytanie… Bo my się tak zastanawiałyśmy… Kto to Jimmy?
Lucas
się roześmiał.
-
Nie pamiętacie?
- Ja
nawet nie przypominam sobie, żeby którykolwiek z nich się przedstawiał –
mruknęła Anne. – Ale możliwe, że po prostu tego nie pamiętam, jak większości z
resztą.
-
Jimmy to ten wysoki taki, z tego, co mi wiadomo, oblał cię piwem, Mad.
- To
dlatego mi tak włosy śmierdziały! – wykrzyknęła. – Ma wpierdol za to.
Lucas
miał racje – do Jimmiego było dość blisko, jedynie kilka domów dalej, czyli
mniej-więcej tak samo jak do Anneliese, tyle że szło się w przeciwną stronę.
Dom chłopaka nie wyróżniał się niczym specjalnym, jak zresztą żaden dom w tej
okolicy; każdy był średnich rozmiarów, połączony z wybudowanym obok garażem,
otoczony ogrodem i drewnianym płotem, pomalowany na jasny, miły dla oka kolor.
Od furtki do drzwi prowadziła ścieżka – betonowa, tak samo jak podjazd, na
którym stał srebrny samochód. Przed wejściem trzeba było wspiąć się na
pięciostopniowe schodki.
Luke
wszedł bez pukania. Dziewczyny spojrzały na niego ze zdziwieniem, ale weszły do
środka zaraz za nim.
-
Jimmy prawie ciągle jest sam w domu i nigdy nie słyszy ani pukania ani dzwonka,
więc pozwolił nam wchodzić jak do siebie – wyjaśnił im. Skręcił w prawo i
przeszedł przez krótki korytarz aż do drzwi na jego końcu. Będąc coraz bliżej
nich, dziewczyny słyszały coraz głośniej czyjeś głosy i śmiechy. Luke otworzył
drzwi i wszedł do środka, a dziewczyny – niepewnie – za nim. Rozejrzały się;
byli w garażu. Pod ścianą naprzeciw drzwi, bardziej w kącie, stała perkusja,
obok niej stały gitary w pokrowcach. Po drugiej stronie znajdowała się jakaś
stara, duża kanapa, fotel i niewielki stolik. Oprócz tego na ścianach wisiały
różne półki, zdjęcia, plakaty, stało kilka szafek i tego typu rzeczy.
-
Luuuuuuuuuke! Już się martwiłem, że nie przyjdziesz! – zawołał Jimmy, półleżąc
na fotelu.
-
Ooo, i dziewczyny też są – wyszczerzył się chłopak w dłuższych włosach, którego
Maddie powoli zaczęła kojarzyć z imprezy.
- No
raczej, a co ty myślałeś? Do nas by nie przyszły? – Jimmy poruszył brwiami.
-
Ano w sumie faktycznie… - uśmiechnął się jeszcze szerzej, zaczesując ręką włosy
do tyłu.
-
Skromność – podsumowała ze śmiechem Anneliese, próbując jakoś rozładować
napięcie, które czuły razem z Madeleine. Nie wiedziały za bardzo, jak się
zachowywać. Oby dwie były dość nieśmiałe w towarzystwie nowopoznanych osób, a
już zwłaszcza, kiedy byli to sami faceci.
- No
nasz Brian jest rzeczywiście bardzo skromny – zaśmiał się chłopak z grzywką.
- No
jasne, że jestem skromny – zaperzył się. – A to, że jestem taki zajebisty i się
z tym nie ukrywam to już nie moja wina.
-
Tak, tak, wmawiaj sobie dalej… - westchnęła Maddie. Zaczęli się śmiać.
-
Wątpisz w moją zajebistość? – spojrzał na nią, unosząc jedną brew do góry.
Wszyscy ucichli, obserwując bacznie tę dwójkę i czekając na ciąg dalszy. Maddie
uśmiechnęła się pod nosem.
-
Jak mam wątpić w coś, czego nawet nie ma? – odgryzła się. Chłopak prychnął, ale
uśmiechnął się.
- A chcesz
się przekonać?
- Że
nie jesteś zajebisty?
- Że
jestem.
- No
dobrze, ale nie udowodnisz mi, że jesteś, skoro nie jesteś.
Chłopak
otworzył usta, chcąc coś powiedzieć, ale za chwilę je zamknął, bo doszło do
niego, że tak właściwie to nie wie co powiedzieć – a to nieczęsto mu się
zdarzało.
-
Ale cię zagięła, stary – Jimmy poklepał go po plecach. - Tak w ogóle to myślę,
że chyba wypadałoby się przedstawić – wyszczerzył się, poprawiając się na
fotelu. – A więc jestem Jimmy – ukłonił się szarmancko. – Ten „zajebisty” tutaj
to Brian, tutaj siedzi Matt, obok niego Johnny i Zacky– powiedział, na każdego
wskazując skinięciem głowy. – No, skoro już się znamy to siadajcie. Rozgośćcie
się w naszym małym królestwie – oparł poważnym tonem, rozkładając szeroko ręce.
-
Ciekawe, jak mają usiąść, jak nie ma gdzie, bo zajmujecie całą kanapę – zaśmiał
się Luke gdzieś z kąta garażu. Po chwili podszedł do nich, trzymając w rękach
krzesło. Postawił je obok fotela Jimmy’ego, rozsiadając się na nim.
-
Wypraszam sobie, ja siedzę na fotelu, dość szerokim zresztą, więc spokojnie się
ktoś koło mnie zmieści – poruszył wymownie brwiami z cwanym uśmieszkiem.
-
Ja! – wykrzyknął Brian, zrywając się ze swojego miejsca i wręcz rzucając na
Jimmy’ego.
-
Nie ciebie miałem na myśli, idioto – burknął. – Zresztą ciężki jesteś,
miażdżysz mi moje delikatne kości. – Zepchał go ze swoich nóg, tak że siedział
teraz ściśnięty obok niego. Naburmuszył się.
-
Ale z ciebie przyjaciel, nie ma co – mruknął. Jimmy go zignorował.
-
Nie ma więcej krzeseł? – zdziwił się. Luke pokiwał przecząco głową.
- Są
jeszcze kolana – wyszczerzył się Zacky.
-
Baker dobrze gada – przyznał mu rację Johnny.
- No
czasami coś mądrego zdarzy mu się powiedzieć – zaśmiał się Matt. Zacky spojrzał
na niego spod byka.
- No
dzięki… - mruknął tylko.
-Ale
wy wszyscy chamscy dla siebie jesteście – skwitowała Anne, kręcąc głową.
-
Chamscy? No co ty, my jesteśmy rodzinką, bardzo się kochamy, nie widać? –
spytał Jimmy.
- No
tak jakby nie bardzo. – Usiadła obok Zackiego. – No dobra, jesteśmy z Maddie wielorybami,
ale myślę, że jak się odrobinkę ściśniecie to bez problemu się wszyscy na tej
kanapie zmieścimy. Mad, chodź tu do mnie, grubasku ty mój, miejsce ci właśnie
załatwiam – wyszczerzyła się, wyciągając ręce w stronę przyjaciółki.
-
Ale będzie ciasno – stwierdził Zacky. – Więc jestem za tą pierwszą opcją.
-
Chciałbyś – wytknęła mu język.
-
Ano chciałbym – uśmiechnął się.
- Nie
ma tak dobrze – wzruszyła ramionami.
-
Czyli nie? – zrobił smutną minkę, wyginając usta w podkówkę.
-
Czyli nie…? – powtórzył Johnny, wychylając się zza Zackiego i spoglądając na
dziewczyny z podobną miną.
-
Nie – wtrąciła Madeleine, wciskając się między Anneliese, a oparcie kanapy. –
Annelie ma wysokie wymagania co do kolan, więc siada tylko na moich, a że wy
nie macie takich kolan, jak ja…
- No
właśnie – Anne pokiwała głową. – Ale co do ciebie – zwróciła się do Zacka,
uśmiechając się lekko – to się zastanowię, moooże kiedyś…
- A
ja? – spytał smutno Johnny. – W czym Baker jest ode mnie lepszy?
- Ma
fajną grzywkę – wyszczerzyła się.
- O,
serio? – zdziwił się Zacky, uśmiechając się szeroko. – Tego mi jeszcze nikt nie
powiedział.
- No
widzisz. Jest grzyweczka, jest dupeczka – zaśmiała się, a reszta jej
zawtórowała.
-
Pff, ja też mam grzywkę – prychnął Brian.
-
Pff, właśnie że nie masz – odparła Maddie.
-
Mam!
-
Ale nie taką, jak ja. – Zacky teatralnym gestem poprawił swoją grzywkę,
wypinając się dumnie.
- Bo
mam lepszą – wzruszył ramionami.
- Bo
nie masz jej wcale - ciągnęła Madeleine.
- Nie
no, macie się o co kłócić – stwierdziła ze śmiechem Anneliese.
- Eeej,
dziewczyny! – wykrzyknął nagle Brian. – Obiecałyście nam pokera – uśmiechnął
się cwaniacko.
- Za
piwo – dodała Madeleine.
-
Czyli jednak coś tam pamiętacie z wczoraj? – Luke uniósł brew w górę.
-
Dobrze wiesz, że mam dobrą pamięć do takich rzeczy – oparła z uśmiechem. – A
skoro już jesteście przy tym temacie… Jak robiłyśmy albo mówiłyśmy coś głupiego
to sorry – wyszczerzyła się.
-
Ooo, no trochę tego było… - westchnął Jimmy. – Przede wszystkim to Syn wam nie
odpuści z tym pokerem, to mogę wam zagwarantować – mrugnął do nich. – A tak
poza tym to niezłą fazę wczoraj miałyście – zaśmiał się, a chłopcy razem z nim.
-
Jeśli tak wyglądają imprezy z wami to możecie się z nami częściej wybierać,
przynajmniej jest śmiesznie i nie nudno – dodał Johnny ze śmiechem.
- O
tak, zgadzam się, zagramy w pokera – Brian zatarł ręce.
-
Ale ja się nie zgadzam, nie będziecie mi ich tu rozpijać, jeszcze nie są
pełnoletnie nawet – stwierdził Luke.
- A
taaam gadasz… – Brian machnął ręką w jego stronę. – To co? Jak dam wam piwo to
zagracie? – wyszczerzył się. Nagle Maddie przypomniała sobie o czymś bardzo
ważnym.
- Zapomniałabym! – wykrzyknęła. – Jimmy – wycelowała w niego palcem, gniewnie
ściągając brwi. – Masz wpierdol.
Ten spojrzał na nią, wystraszony i zaskoczony.
- Ja? Za co?
- Nie udawaj, że nie wiesz. Wylałeś mi piwo na głowę i przez ciebie do
tej pory jebią mi włosy.
- Aaa, to! – przypomniał sobie. – Już miałem nadzieję, że o tym
zapomniałaś – wyszczerzył się.
- No faktycznie masz się z czego cieszyć. Ja mówię poważnie, masz za to
wpierdol. Na razie nie chce mi się stąd ruszać, ale poczekaj tylko aż wstanę,
bo jak już wstanę to nie będzie tak śmiesznie.
Anne popatrzyła na niego poważnym wzrokiem.
- No to masz przesrane teraz… - westchnęła. - Jak Mad cię zaatakuje tym
swoim cielskiem… - pokręciła głową. – Masakra.
- Serio? – Jimmy spytał drżącym głosem, przełykając głośno ślinę.
- Bardzo serio.
- No to spierdalam stąd – zerwał się z fotela, podbiegł do jakiejś
szafki, wyciągnął z niej butelkę piwa, którą pomachał im szybko przed oczami i
chwilę później już go nie było. Anne zamrugała, zaskoczona.
- On tak serio…? – spytała powoli. – Chyba go nie ogarniam –
stwierdziła.
- Jima nigdy nie ogarniesz – wyszczerzył się Luke. Brian za to spoglądał
w stronę miejsca, gdzie jeszcze przed chwilą stał chłopak, smutno-złym
wzorkiem.
- A nam mówił, że już nie ma piwa. No to teraz ma podwójny wpierdol –
mruknął tylko.